Ponieważ Tosia z BLW je od dwóch miesięcy, doskonali póki co technikę jedzenia paluszkami. Zauważyłam ostatnio klasyczny chwyt szczypcowy, co oznacza, że na malinki i jeżynki w tym sezonie już się dziecko załapie :)
Co do łyżeczki, to zdaję sobie sprawę, że niespełna dziewięciomiesięczne niemowlę niekoniecznie musi to umieć - i niekoniecznie musi chcieć się nauczyć. Natomiast po pierwsze - przykład idzie z góry, a po drugie - jak zapewni się materiały naukowe, to sama ciekawość zawiedzie dziecko do pierwszych kontaktów z łyżeczką, a stamtąd już prosta (choć niekoniecznie krótka) droga do punktu pierwszego :)
Łyżeczek jest kilka, z czasów, gdy próbowałam wmuszać dziecku dania ze słoiczków; natomiast wczoraj udało mi się wreszcie upolować miseczkę z przyssawką, o taką.
Od mniej więcej dwóch tygodni kładę (jeśli mi się przypomni) Tosi na tacce od krzesełka łyżeczkę. Bardzo ją interesuje, choć oczywiście nie łączy jeszcze koncepcji łyżeczki z jedzeniem. Nakładam jej więc jakieś lepiące się dania na łyżeczkę i obserwuję, czy zaniesie je do buzi. Różnie z tym bywa - określiłabym to mianem przypadku, choć zawsze do buzi trafia któryś z końców łyżeczki ;) Jeśli już trafi ten właściwy, to mniej więcej w 50% przypadków... do góry nogami. I wtedy już od stopnia lepkości jedzenia naprawdę zależy, czy cokolwiek zje.
Wracając do miseczki - wczoraj po południu zainaugurowałyśmy oficjalnie używanie owej miseczki. Włożyłam do niej potrawkę warzywną z fasolką oraz pałki kurczęce. Pomijając frajdę, jaką miała moja córka z grzebania łapkami w miseczce, sprawa jest o tyle wygodniejsza, że mniej ląduje na podłodze. Przy braku psa jet to naprawdę krzepiące...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz