Od dwóch tygodni wprowadzam moją ponad siedmiomiesięczną córeczkę Tosię w świat produktów stałych metodą
BLW. Wcześniej, od czwartego miesiąca (głupia matka, głupia matka!) jadła... hm... "jadła" słoiczki. Po dwóch-trzech
tygodniach względnych sukcesów i opanowaniu jedzenia z łyżeczki -
dziecię się zacięło i ani rusz. Zaczęła się droga przez mękę, jakieś
durne samolociki, historyjki o zwierzątkach, które chcą zjeść jej
papkowate obiadeczki itp. Miałam serdecznie dość i w końcu postanowiłam
spróbować BLW.
Zaczęło się od parowanych warzyw (dwa sitka puściłam z dymem - jakbym nie mogła normalnie używać mojego parowaru) i
paluszków chlebowych. Tośka załapała od razu, że to można wziąć do
łapki, a potem spróbować. Do tej pory odgryza po kawałeczku jedzenia -
czasem od razu wypluwa, czasem żuje i wypluwa swoje jedzenie w dokładnie
takiej formie, jaką znajdowałam w słoiczkach, a czasem połyka (wiem po
kupie). Najlepiej wychodzi jej z bananem. Ładnie żuje mięso i żółty ser,
trochę awokado i makaronu. Jest to bardzo ciekawe doświadczenie,
zwłaszcza dla mnie - osoby przekonanej, że musi czuwać nad bezpieczeństwem dziecka i skrupulatnie kontrolować, co powinno ono zjadać. Obecnie mam szafkę kuchenną zawaloną nieotwartymi słoiczkami, których już postanowiłam jej nie dawać. Może powinnam sprzedać to wszystko koleżankom z fejsbuka?
Inspiruję się blogiem Ala'antkowe BLW, gdzie jest całe multum przepisów na fajne potrawy dla dzieci, któe można dostosować do potrzeb dorosłych Ponieważ ja jestem na diecie i mam menu ustalone przez dietetyczkę, na razie nie mogę skorzystać z tych dobroci. Ale lubię gotować i nie stanowi dla mnie problemu przyrządzanie jedzenia osobno dla Tosi. Frustruje mnie tylko to, że na razie jest na etapie próbowania niewielkich porcji i tak naprawdę nie wiem, na ile te wysiłki mają sens. Ale i tak jest lepiej, niż "leeeeeci, leeeeci samolocik do buzi Tosiiiiiii"... Błazenada jakaś :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz